Każda świeca przechodzi przez kilka etapów, z których większość wykonujemy ręcznie. Dlatego pracujemy małymi partiami – kilkadziesiąt sztuk naraz, nie kilkaset.
Zaczynamy od wosku. Sojowy topimy powoli, w kąpieli wodnej, przez cały czas pilnując temperatury – przegrzany traci właściwości i gorzej wiąże zapach. Z tego samego powodu kompozycję zapachową dodajemy dopiero w konkretnym momencie: za gorący wosk odparuje olejki, za zimny ich nie zwiąże. Potem mieszamy przez dwie minuty, żeby zapach rozłożył się równomiernie w całej masie.
Zanim wosk trafi do naczynia, mocujemy knot. Musi stać dokładnie na środku i pionowo – przesunięty o kilka milimetrów sprawi, że świeca będzie wypalać się skośnie. Samo wylewanie idzie powoli, po ściance naczynia, bo zbyt szybkie nalewanie zostawia pęcherzyki powietrza, które po zastygnięciu tworzą wgłębienia na powierzchni.
Potem świece po prostu stoją. Stygną w temperaturze pokojowej, bez przeciągów, przez co najmniej dobę – gwałtowne schłodzenie powoduje pęknięcia i nierówną powierzchnię. Tego etapu nie da się przyspieszyć.
Na koniec każdą świecę oglądamy pod światło. Pęknięcie, krzywy knot albo nierówna powierzchnia oznaczają, że sztuka nie trafia do sprzedaży. Dopiero potem naklejamy etykietę – ręcznie, prosto.
