Jesienią spędzamy w domu więcej czasu, a przy zamkniętych oknach zapach dłużej się utrzymuje. To dobry moment na cięższe kompozycje, które latem byłyby przytłaczające. Warto tylko pomyśleć, gdzie która świeca stanie – bo ten sam zapach potrafi się zupełnie inaczej zachować w salonie i w sypialni.
W dużych, otwartych przestrzeniach najlepiej sprawdzają się nuty drzewne: cedr, drzewo sandałowe, wetiwer. Są suche i spokojne, nie gubią się w metrach kwadratowych, a przy tym nie konkurują z zapachem jedzenia – dlatego dobrze znoszą salony otwarte na kuchnię. Tam, gdzie się je, naturalniej wypadają kompozycje korzenne. Cynamon, goździki i kardamon kojarzą się z jedzeniem i zamiast z nim walczyć, po prostu mu towarzyszą. Łatwo je jednak przedawkować, więc jedna świeca na pomieszczenie w zupełności wystarczy.
W sypialni zapach ma robić coś zupełnie innego – nie wypełniać pokoju, tylko go uspokajać. Wanilia, tonka i migdał są miękkie i słodkie, ale nawet je lepiej wybierać w wersjach mniej intensywnych. Zapach ma być tłem, nie bohaterem wieczoru. Odwrotnie jest w gabinecie, gdzie akurat wyrazistość działa na korzyść: skóra, tytoń i palone drewno są charakterystyczne – albo się je lubi, albo nie – i najlepiej wypadają w mniejszych pomieszczeniach, którym mają dodać poczucia zamknięcia.
Przy wszystkich tych wyborach obowiązuje jedna prosta zasada. Jeśli po wejściu do pokoju myślisz najpierw o zapachu, jest go za dużo. Dobrze dobrana świeca daje się zauważyć dopiero po chwili.
